Nic nie widzę, nie widzę też tych orłów, co posiadują na skałach, ale sam półwysep, dzielnica, zadupie, klif, czy jak by to nazwać jest przeciekawy, i cóż się dziwić, z jednej strony piaszczysta plaża, z widokiem na panoramę Sydney, a po drugiej stronie urwisko...
Fotka 2/ jak na fotce widać.
Jest tu jakieś miejsce co się samobójcy rzucają, trudno się dziwić szans nie ma się żadnych, człowiek sie nie topi, tylko rozbija o skały. Jak w całej AU są schodki, barierki, tylko windy brak. I tak minął nam pierwszy dzień roku. Z pustym żołądkiem, ponieważ nasza kapral, zapomniała poinformować, gdzie pojedizemy, na jak długo i czy będzie jedzenie w pobliżu. Nie wszytkie dni bywają cudowne, ale przecież można odżywić sie lodem i krakerem ;))) A wieczorkiem, jak na 'włoską' rodzine przystało - kolacja w upojnej atmosferze żartó i slaw śmiechu. Rodzinka.
Z racji tego, że te wpisy robie w nocy, to nie sprawdzam nazw, ale czy ma to znaczenie.

1 komentarz:
A my z Rafem i Pieczkiem na długi spacer po lesie poszliśmy pierwszego dnia roku:)Kupa śniegu, wszędzie biało, cicho i urokliwie, jak w najgłębszej dziczy...
I.
Prześlij komentarz