sobota, 2 stycznia 2010

spokojny/niespokojny 1.1.2010.

Fotka 1/ pojechaliśmy na jakiś cypel, zatokę, cholera wie, co. Nie mam soczewek, bo nie...
Nic nie widzę, nie widzę też tych orłów, co posiadują na skałach, ale sam półwysep, dzielnica, zadupie, klif, czy jak by to nazwać jest przeciekawy, i cóż się dziwić, z jednej strony piaszczysta plaża, z widokiem na panoramę Sydney, a po drugiej stronie urwisko...

Fotka 2/ jak na fotce widać.
Jest tu jakieś miejsce co się samobójcy rzucają, trudno się dziwić szans nie ma się żadnych, człowiek sie nie topi, tylko rozbija o skały. Jak w całej AU są schodki, barierki, tylko windy brak. I tak minął nam pierwszy dzień roku. Z pustym żołądkiem, ponieważ nasza kapral, zapomniała poinformować, gdzie pojedizemy, na jak długo i czy będzie jedzenie w pobliżu. Nie wszytkie dni bywają cudowne, ale przecież można odżywić sie lodem i krakerem ;))) A wieczorkiem, jak na 'włoską' rodzine przystało - kolacja w upojnej atmosferze żartó i slaw śmiechu. Rodzinka.
Z racji tego, że te wpisy robie w nocy, to nie sprawdzam nazw, ale czy ma to znaczenie.
Posted by Picasa

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

A my z Rafem i Pieczkiem na długi spacer po lesie poszliśmy pierwszego dnia roku:)Kupa śniegu, wszędzie biało, cicho i urokliwie, jak w najgłębszej dziczy...
I.